czwartek, 29 listopada 2012

Pyszna i zdrowa sałatka z selera bez przypraw

Na samym początku powiem, że fanką selera naciowego nigdy nie byłam. Zawsze kochałam jego zapach, jego korzeń w zupach musiał być i chętnie go zjadam.
Bez niego w zupie mi czegoś po prostu brakuje.
Ale nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby podjadać zieloną część selera. :D Po prostu mi za bardzo nie smakował, a kiedyś wręcz odrzucał.
Więc jeżeli macie takie same odczucia jak ja, to sałatka ta jest dla Was! :))
Dla mnie warzywa to chyba najważniejszy produkt żywieniowy i dobrze się czuję, gdy wiem, że jem je wszystkie. Więc nie dałam za wygraną i szukałam jakiegoś przepisu, który sprawiłby, że stanę się fanką selera. ;)
Kiedyś w końcu znalazłam przepis na sałatkę, która mi tak smakuje, że nie wyobrażam sobie nie zjeść całej dużej michy na raz. :D To jest pyszna, chrupiąca, świeża, mokra, słodka i lekko kwaśna sałatka. I do tego zdrowa, bez soli, bez pieprzu, zupełnie tego tutaj nie potrzeba.
Nie da się opisać, trzeba po prostu spróbować! ;)

Potrzebujemy niewiele do jej wykonania, tylko:

*seler
*ulubione jabłka (moje zawsze kwaśne :))
*rodzynki
*orzechy włoskie
*jogurt naturalny


Seler kroimy w cieniutkie paseczki, jak najcieniej potrafimy, a jabłka kroimy na małe kawałki. Na połowę takiego selera wybieram dwa średnie jabłka.
Orzechy rozdrabniamy na mniejsze kawałki, a rodzynki zalewamy najpierw gorącą wodą aż zmiękną.
Dodajemy tylko jogurt naturalny i to wszytko. :)


Mokry, chrupiący seler...kwaśne, soczyste jabłka...słodziutkie, miękkie rodzynki...to jest naprawdę przepiękna eksplozja smaków w buzi. :D


Polecam gorąco i życzę smacznego! :)
pa pa :*
megi

środa, 28 listopada 2012

W ostatni dzień skusiłam się i ja :)

Półki były już prawie puste, więc dużo nie kupiłam. Ale zawsze coś. ;)
Potrzebowałam nowego tuszu, więc oczywiście sięgnęłam po mój ulubiony zielony Wibo i jeden tusz Lovely, którego jeszcze nie próbowałam. Wybrałam też 3 szminki Wibo.
Tam było najbardziej pusto, ale akurat miałam szczęście, że kolory, które mi się podobały, były. :) Za wszystko zapłaciłam 26,75 zł. 


Szminki Wibo to bardziej błyszczyki w szmince, szkoda, że nie mają mocnej pigmentacji, bo kolory bardzo mi się podobają i ostatnio coś mam mocną fazę na szminki. Opakowanie jest do niczego, ciągle chcę zamykać odwrotnie niż trzeba. Ale nie można spodziewać się luksusu po takiej cenie, więc nie narzekam. I tak jest lepsze niż poprzednie w granatowym opakowaniu. ;) Poza tym liczy się jego zawartość. :))

Od lewej nr: 08, 03 i 07




Ciekawa jestem jak się sprawdzą na ustach, przede wszystkim kolorystycznie. :)
Możecie już coś o nich powiedzieć?

Pozdrawiam ciepło.
pa pa :*
megi

wtorek, 27 listopada 2012

Kolejny zamiennik gąbki bb

Dzisiaj wracam do Was po kolejnej chorobowej przerwie z następnym odpowiednikiem gąbki beautyblender. Jednak dałam się skusić. ;) Kupiłam tę gąbkę na Allegro za 15 zł. Choć wybrałam jajko, otrzymałam gruszkę. Ale to szczegół, bo niestety i tak jestem zupełnie rozczarowana.
Wybrałam tę gąbkę, ponieważ na zdjęciu wydawała się mieć też takie pory jak bb i z tego względu myślałam, że będzie równie miła i sprawdzi się podobnie.
Jest co prawda milsza od mojego pierwszego odpowiednika z filmiku, który kiedyś nagrałam.
Ale wciąż zachowuje się inaczej niż bb.
Gdy jest namoczona robi się tak ogromna, że ciężko jest nią stemplować.
Już po pierwszym razie nie mogłam domyć podkładu, próbowałam i olejami i mydłem. Więc jednak sporo podkładu wsiąka po prostu do wnętrza.
I co najgorsze - w trakcie mycia wszędzie popękała, i to przy pierwszym razie! Na zdjęciu jedna strona, po drugiej jest dokładnie to samo.


Gąbka bb wytrzymała u mnie rok czasu i ani mała dziurka się nie zrobiła i dopiero pod koniec nie mogłam części domyć. Nie myślałam, że aż tak trudne okażę się znalezienie tańszego odpowiednika lub inaczej - zrobienie dobrego. ;)
Mam nadzieję, że niczego w gąbce bb nie zmienili, bo chyba nie będę dalej szukać tańszego zamiennika.
Chyba, że Wy znalazłyście jakąś fajną gąbkę? :))

Pozdrawiam ciepło.
pa pa :*
megi

piątek, 23 listopada 2012

Prosta fryzura w pięć minut

Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić jedną fryzurą, którą czasami wykonuję, jeśli chcę moje włosy jakoś upiąć. Jest to jedna z tych fryzur, które nadają się na wiele okazji.
Przeważnie noszę moje włosy rozpuszczone lub w końskim ogonie. Ale gdy mam ochotę moje włosy jakoś spiąć, to przeważnie stawiam na prostotę i szybkość wykonania.
Ta fryzura właśnie taka jest. Potrzebujemy tylko cieniutkiej gumki oraz kilku wsuwek. 
Let's get started! :)
Robimy przedziałek na boku, zbieramy włosy do tyłu zakrywając lekko uszy i robimy na boku niski koński ogon. Ja na tym etapie luzuję włosy od góry z tego upięcia, ponieważ moje włosy do tapirowania się nie nadają. W ten sposób mogę uzyskać lekki push-up. ;) Czyli po prostu wyciągam trochę włosy od góry. Po czym pasmo po paśmie zawijam wokół palca i zwyczajnie przypinam. I tak robię dookoła z wszystkimi pasmami, tworząc tak jakby kwiat.





Prosta w wykonaniu prawda? :))
A jak Wy lubicie się czesać?
Pozdrawiam ciepło.
pa pa :*
megi

czwartek, 22 listopada 2012

Kolejne zakupy z Kaliny

Tak jak obiecałam, pokażę Wam co kupiłam na Kalinie, ponieważ nie zamierzam nakręcać kolejnego filmiku na ten temat. ;) Ale myślę nad rosyjskim (i może nie tylko rosyjskim) denkiem. :)) Czy nie wprowadzić takich filmików na mój kanał.. Do tej pory tego nie robiłam, ponieważ jest sporo kosmetyków, które oddaję w drugie ręce, jeśli u mnie się nie sprawdzają. Więc nie wiem, ale chyba coś takiego zrobię, tylko jeszcze nie wiem w jakich odstępach.
A więc to jest moje (chyba) trzecie zamówienie z tego sklepu:


Tym razem wzięłam pastę do zębów, którą tak bardzo polubiłam (różowe opakowanie) i nową na spróbowanie. Jest to pasta propolisowa, jeszcze jej nie próbowałam, ponieważ wykańczam najpierw moją pierwszą pastę.


Również glinka wałdajska mi się spodobała, ale wybrałam teraz dwa opakowania glinki kambryjskiej, którą chcę również wypróbować na ciele. Na razie wypróbowałam ją raz na twarzy i spisała się dobrze.


W koszyku wylądował również mój ulubiony spray, którego bardzo chętnie używam, pomimo kiepskiego atomizera. Skusiłam się na rolkę pod oczy. Spodobała mi się kofeina i wyciąg z winogrona na początku składu. :))




I na koniec prezent dla mojej mamy, dobrze, że nie zagląda na mojego bloga. ;)
Jest to zestaw babuszki Agafii do cery po 50-tce, czyli krem na dzień i na noc oraz serum.
Muszę powiedzieć, że składy tych kremów są naprawdę świetne i nie wiem czy sama się na nie nie skuszę kiedyś. Zobaczymy co powie mama i może będę miała okazję zobaczyć konsystencję. ;)
Dla siebie chciałam na początek zamówić sera do 35 i po 35, ale niestety po raz kolejny były wykupione.


Próbowałyście tych zestawów babuszki? Jak Wam się podobają?

Dzisiaj wieczorem jestem zaproszona na mój pierwszy Thanksgiving do znajomego z USA i jestem ciekawa co pysznego dla nas przygotuje. :))
Pozdrawiam cieplutko.
pa pa :*
megi

środa, 21 listopada 2012

Zimowy OOTD

Hu hu ha....czuć, że zima wisi w powietrzu. Niestety u mnie śniegu jeszcze nie było wcale, ale wierzę głęboko, że niedługo to się zmieni. A już na pewno w grudniu na moje urodziny. To takie moje osobiste życzenie co roku, które w większości dotychczas zostało spełnione. :D
Na razie mgły w listopadzie uparcie się trzymają, ale udało mi się trafić na normalną widoczność w jednej okolicy, więc wykorzystałam to do nagrania stroju dnia. :))
Niżej możecie zobaczyć zdjęcia z tejże okazji. :)

Co mam na sobie?
*jeansy z Tally Weijl
*buty z Jumexu
*a reszta z butiku






Jak tam u Was pogoda? Macie lub mieliście już śnieg?

Pozdrawiam cieplutko.
pa pa :*
megi


niedziela, 18 listopada 2012

Zakupowy szał w butiku

Będąc ostatnio u mamy w Polsce, zaszalałam trochę w jej butiku. :D
Teraz trudno mi nagrywać stroje dnia na zewnątrz, ale mam nadzieję, że niedługo coś będę mogła nagrać. Więc pomyślałam, że mogę Wam pokazać ostatnie zdobycze.
Nareszcie po tylu latach mam dwie kurtki zimowe, jedna bardziej sportowa, w której na razie chodzę na okrągło. Druga cieplejsza i elegantsza z przepięknym kołnierzem Eskimosa. :)) Niesamowicie się cieszę z tej zdobyczy, ponieważ dla mnie znalezienie jakiejkolwiek kurtki graniczy z cudem. Jak to moja mama mówi, mam nie tylko nogi do ucieczki, ale i ręce złodzieja. haha :)) Wszystkie rękawy kurtek u mnie są zwykle o 10 cm za krótkie. A tutaj trafiłam idealnie, ale musiałam tej elegantszej wziąć większy rozmiar, bo w moim były nadal za krótkie. ;) W ogóle jakoś odkąd mama prowadzi butik i szukamy co roku kurtek, to powiem Wam, że nie produkują ładnych. Wszystkie są takie same jak co roku. Jeszcze nie znalazłyśmy pięknej kurtki w jakimś ślicznym mocnym kolorze, a taka mi się marzy od dawna.
Oprócz tego zdobyłam dwie sukienki. Jedna w stylu lat 60-tych w linii A z kołnierzykiem, dużym panterkowym deseniem i kieszeniami. A druga to taka wełniana z krótkim rękawem. Obie bardzo słodkie i idealne do chodzenia na co dzień, choć wyobrażam sobie w nich również wyjść na wieczór. :)
No i na koniec zakochałam się w trzech sweterkach. Jeden pluszowy z dużym serduszkiem, drugi to czarny z krótszym przodem, mieniącymi cekinami i białymi serduszkami. A trzeci sweterek to taka 'chanelka', miłość od pierwszego założenia. :D


Tak się zastanawiam czy nakręcić kontynuację filmiku z poprzedniego roku, w którym pokazałam Wam moje ulubione rzeczy na zimę. Wtedy na pewno pokazałabym te rzeczy z bliska, bo szybko stały się moimi ulubionymi :) i może jeszcze dodatki, o których nie pomyślałam w zeszłym roku.
Co Wy na to?

Pozdrawiam cieplutko.
pa pa :*
megi

piątek, 16 listopada 2012

Glina waldajskaja celebnaja, golubaja dlja lica i tela :))

Czyli czas na recenzję błękitnej, wałdajskiej glinki do twarzy oraz ciała z zawartością srebra. :)
Glinkę zamówiłam na stronie Kalina, koszt to 9 zł za 100g.


Glinka jest podzielona na dwa woreczki  i jak widać ma kolor brudno-seledynowy, a nie błękitny. :)
Użyłam jej już 5-6 razy i zużyłam dopiero połowę jednego woreczka, więc jest bardzo wydajna.


Do rozrobienia maseczki na samą twarz wystarcza ilość 2/3 łyżeczki lub jedna płaska.


Rozrabiamy z 1,5-2 łyżeczkami wody do uzyskania pasty. Jak w przypadku innych glinek, unikamy jakichkolwiek metalowych naczyń, które reagują z glinką. Przy mieszaniu glinki łyżeczką zauważymy coś typu zgrzytania piaskiem. :)


Osobiście bardzo się cieszyłam na niebieski kolor maseczki, ponieważ jeszcze nigdy takiej nie miałam. Smerfetką jednak się nie staniemy po tej glince, ewentualnie trochę zakurzoną Fioną. :D


Glinka tuż po nałożeniu zaczyna wysychać na naszej buzi.


Trzeba pamiętać, że wyschnięta glinka, przestaje działać, a może jedynie wysuszyć. Więc ważne jest na tym etapie glinkę spryskać, ja zazwyczaj robię to wodą termalną. Jeśli kładę maseczkę na szyję, to muszę szyję częściej spryskiwać, ponieważ tam najszybciej glinka wysycha.
Tak robię 2 razy, po czym pozwalam jej w dużej części wyschnąć (ładnie wtedy matuje i napina skórę), po czym zmywam ją wodą.
Jakich efektów możemy się spodziewać?
Cera jest gładka, napięta, rozjaśniona. Tak jakby uspokojona.
Efekt prawie taki sam jak po peelingu enzymatycznym.
Później nałożone kosmetyki tak przygotowana skóra wręcz pije.
Ja bardzo lubię glinki i stosuje je dość często. Tę rozrabiałam sobie teraz 2 razy w tygodniu i naprawdę mogę Wam polecić.  :))
Glinki to takie lecznicze maseczki, mają piękną zawartość ważnych pierwiastków dla naszej skóry i możemy stosować je praktycznie na całe ciało.

Przedwczoraj zamówiłam sobie kolejną glinkę, tym razem 2 razy glinkę kambryjską, którą będę chciała wypróbować również na ciele, a konkretniej na udach. ;)
Ale już chyba kolejnego filmiku z zakupami z kaliny nie będę robić, mogę Wam pokazać na zdjęciach tutaj. ;)

Próbowałyście rosyjskie glinki, jak Wam się podobają? Jeśli nie, to koniecznie wypróbujcie, są mega wydajne, więc też tanie i efekt jest widoczny od zaraz. :)

Wczorajsza gęsta mgła faktycznie trzymała się uparcie aż do nocy, dzisiaj dopiero odeszła (ale chyba znowu wraca) i pozostawiła drzewa w "lukrze". :D Pięknie! :))


Miłego dnia. :)
pa pa :*
megi


czwartek, 15 listopada 2012

Szara rzeczywistość

Takie widoki mam dzisiaj od samego rana i końca nie widać. Zaraz i tak będzie już ciemno, to ta mgła nie będzie się tak rzucała w oczy. Ale znając życie pewnie dokładnie wtedy się rozejdzie. ;)



Może być mroźno, biało, śnieżnie, ale proszę tylko nie to! Jak tak dalej pójdzie, to z jesiennej chandry wyjdę dopiero na wiosnę. ;)
Ja jestem baaaaardzo zależna od promieni słonecznych, jasności na zewnątrz, długich dni, śpiewu ptaków, ciepłego wiatru.. Zarówno fizycznie jak i psychicznie. Strasznie źle czuję się tej jesieni. Mój organizm reaguje wrażliwie na warunki atmosferyczne i odzwierciedla je teraz zupełnym brakiem sił, 'pękaniem' głowy i ogólnie złym samopoczuciem. Mam nadzieję, że albo szybko zrobi się biało i choć trochę bajkowo, albo że wiosna nadejdzie szybciej niż zwykle. :D
Trzymam kciuki najpierw za pierwszym (nie ma to jak białe święta :)), a po Nowym Roku za drugim. :)

Czy Wy też jesteście tak mocno zależne od słońca? 
Pozdrawiam ciepło.
pa pa :*
megi


środa, 14 listopada 2012

Pasta do zębów Agafii

Dzisiaj będzie post z bardzo pozytywnymi wrażeniami względem pasty do zębów, której aktualnie używam. :) Mówię o paście organicznej babuszki Agafii ze sklepu Kalina.
Pasta ta kosztuje 16,90 zł, za tę cenę dostajemy 75 ml produktu o świetnym składzie i nie tylko. Ale o tym zaraz. ;)
W skład pasty wchodzą różne ekstrakty roślinne. Takie jak borówka, bergenia, żurawina, malina, malwa i inne. Ponadto znajdują się tam: roślinna gliceryna, tlenek krzemu (jeśli dobrze rozumiem), ksylitol oraz sól morska.
Pasta nie zawiera SLS, fluoru, parabenów, olei mineralnych czy składników pochodzenia zwierzęcego.
Ma wzmacniać i polerować szkliwo, usuwać delikatne przebarwienia i chronić przed próchnicą.



Jak widać pasta ma cudowny koralowy kolor iiiii smakuje jak pasta dla dzieci! :D
Co mnie osobiście cieszy, ponieważ oprócz tego, że w normalnych pastach znoszę tylko mocno miętowy smak, to właśnie pasty do zębów dla dzieci sobie czasem również kupowałam. :)))
Pasta naprawdę dobrze czyści, zęby są takie wypolerowane. Jednak mogłaby się ciut mocniej pienić.
Ja należę do tych osób, które wolą zęby myć kilka razy dziennie, ale za to krócej. Ponieważ inaczej połykam pastę, nie lubię w ogóle myć zębów przez kilka minut. Mam wrażenie, że oprócz tych złych rzeczy, zdzieram również te dobre. ;) Więc mi to małe pienienie nie przeszkadza, na mycie do dwóch minut wystarczy. ;)
Zwykle też używam trochę mniej pasty niż na zdjęciu. Ale jak zdarzy mi się myć zęby trochę dłużej i połknę trochę, to nie muszę się bać, że połknę coś złego. :)
Nie mogę tutaj oczywiście napisać niczego na temat próchnicy itp.
Ja mam to szczęście, że zęby odziedziczyłam jako jedyna po dziadziu, który do śmierci miał wszystkie swoje własne zęby, oprócz trzech. (Odpukać mocno przy moim darze do zapeszania :)) Ja do dziś nie wiem co to jest kanałowe leczenie, borowanie miałam lata temu i zawsze było takie małe, że nie brałam nigdy znieczulenia.
Te miałam tylko przy ósemkach, ponieważ to odbywało się u chirurga, który musiał mnie nacinać i zszywać po obu stronach i siłą wyrwać korzeń z dziąsła, co okazało się medycznym cudem, jak powiedział, ponieważ mój ząb miał 4 korzenie zamiast 2. :)
Jednak ucieszyłam się, gdy w składzie zobaczyłam ksylitol, ponieważ od dawna interesuje mnie jako zamiennik cukru o zmniejszonej kaloryczności oraz ma udowodnione działanie przeciwpróchnicze! Czyż nie brzmi to wspaniale? :) Jego wydobycie jest jednak drogie i jakoś do tej pory nie wypróbowałam go jako cukru.
Tak więc zobaczymy jak pasta sprawdzi się na długą metę. Zamierzam ją zamówić kolejny raz i dodam jeszcze jakąś inną do spróbowania.
Suma summarum polecam gorąco tę pastę! :)

Miałyście z tą lub inną naturalną do czynienia? Jesteście zadowolone czy nie bardzo?
Pozdrawiam ciepło.
pa pa :*
megi


P.s. OMG! Właśnie zobaczyłam, że liczba obserwatorów przekroczyła 1000!! WOW!
Nie byłam przygotowana na to, że to tak szybko nastąpi! :)
Z całego serca Wam dziękuję! You all made my day!! :D
Muszę koniecznie przygotować jakiś konkurs, tylko nie wiem jak na blogu się do tego zabrać. Czemu nie ma tutaj takiej opcji prywatnej wiadomości jak na Youtube?
Całusy dla wszystkich, dziękuję Wam bardzo bardzo! :* :* :*

poniedziałek, 12 listopada 2012

Tonik wzmacniający oraz olej łopianowy

Długo nie wiedziałam co mam napisać na temat tych dwóch kosmetyków do włosów.
Podobne problemy miałam już przy maseczce detoksującej.
Czasem zdarza nam się natrafić na takie produkty, po których po prostu nie widzimy żadnego działania i nie wiemy czy są dobre dla nas czy nie.
Ale od początku. :)
Dokładnie mówię tutaj o oleju łopianowym (13,90zł/150ml) oraz toniku wzmacniającym (11zł/150ml) ze sklepu Kalina.


Olej łopianowy ma przyjemną, niezbyt gęstą, lecz płynną konsystencję. Zapach jest lekko wyczuwalny, jak zbliżymy się nosem, to wyczujemy ziołową, lekko kwaskowatą nutkę. Przy aplikacji zapach nie jest jednak wyczuwalny.
Otwór jest wystarczający, ale buteleczkę regularnie zabrudzamy, co jest jednak normalne w przypadku olejkach.


 
Olej łopianowy stosowany jest przy różnych chorobach skóry głowy, szczególnie przy łupieżu i wypadaniu włosów.
Ja nie zauważyłam żadnego działania na moich włosach czy skórze głowy.
Od paru dni pojawia się u mnie łupież, ale tylko po umyciu (potem mnie tylko swędzi) i nie mogę dotrzeć czy to ten olejek czy nowy Baikal czy po prostu moja skóra głowy ma taki humor teraz.
Również na długościach nie mogę stwierdzić, czy moje włosy lubią się z olejem łopianowym, czy nie. Są może puszyste, ale ani bardziej wygładzone ani gładkie. W sumie takie jakbym je po prostu tylko umyła.


Jeśli chodzi o tonik, to tutaj przelałam go do butelki z atomizerem, ponieważ tonik strasznie się wylewał. Ma przyjemny, delikatny zapach i wodnistą konsystencję.


I teraz tak, jeśli chodzi o działanie i zastopowanie wypadania czy porost nowych włosów, to mogę powiedzieć, że  niczego nie zauważyłam. Tak to niestety jest przy łysieniu, że mogę robić cuda niewidy z kosmetykami, ale nie ma to żadnego wpływu, jeśli włosy są w tak chorobliwie złym stanie jak moje teraz.
Jedyne co zauważyłam i co wpływa na negatywną opinię, to jest powodowanie przetłuszczania się moich włosów.
Moje włosy odkąd mam Ł.A. przestały się całkowicie przetłuszczać. Ten środek jednak zastosowany na suchą skórę głowy powoduje u mniej nieestetyczny wygląd włosów. Jakby były tłuste. Mogę go jedynie stosować w małej ilości na mokrą skórę oraz włosy, wtedy jakoś się wchłania i nie obciąża włosów.
Zastanawiam się, przez który to składnik tak się dzieje...obstawiam alkohol benzylowy.
Tonik składa się z ekstraktu z szyszek chmielu, ekstraktu pokrzywy, ekstrakut korzenia łopianu, ekstraktu łyszczca wiechowatego oraz konserwantów:

Aqua with infusions of extracts: Humulus Lupulus, Urtica Dioica, Arctium Lappa Root, Gypsophila Siberica, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Benzyl Alcohol.


Cóż na koniec mogę napisać..trudno jest mi polecić te produkty, choć wiem, że u wielu dziewczyn się sprawdziły. Być może gdyby moje włosy były w takim stanie jak rok temu, to inaczej bym je odebrała.
Teraz jednak nic im za bardzo nie pasuje i chyba muszę po prostu odczekać.
Ciekawa jestem czy próbowałyście te produkty i jak się sprawdziły u Was i czy jest wśród Was moja włosowa siostra - jeśli jeszcze o tym nie czytałyście, to zapraszam na bloga do siempre, którą pozdrawiam serdecznie :), która miała świetny pomysł na szukanie włosowej siostry, tak abyśmy łatwiej mogły odnaleźć produkty, które się przy podobnych włosach sprawdzają. :)

Aaa i przypomniało mi się, że nie pisałam o tym, jak się sprawdziły nożyczki Jaguar. Jednym słowem - rewelacyjnie! :D Jestem bardzo zadowolona z zakupu, zakochałam się w dźwięku, który wytwarzają w trakcie cięcia i prosiłam mamę, żeby zwróciła uwagę jak one tną włosy i potwierdziła przypuszczenia - włosy nic a nic się nie uginają, tylko zostają od razu cięte. :)


Mam jeszcze jedną informację dotyczącą pomocnej akcji dla chorej siedmioletniej Amelki dla której między innymi jest planowy charytatywny koncert. Zajrzyjcie na stronki. :)

https://www.facebook.com/events/175415062597162/176328832505785/?notif_t=plan_mall_activity

http://amelialauren.pl/strona-glowna.html


Pozdrawiam ciepło
pa pa :*
megi

czwartek, 8 listopada 2012

Wzmacniający syrop imbirowy

Ponad miesiąc temu (jak zachorowałam) przypomniałam sobie o tym, że już latem chciałam sobie zrobić syrop imbirowy, żeby mnie choć trochę bardziej wzmocnił przed jesienią. Jak to bywa, latem zapomniałam, więc zrobiłam sobie syropek jak już było za późno. Choć przez cały rok jem imbir, to jednak to nie to samo, co taka wzmożona kuracja przed sezonem przeziębień. No ale lepiej teraz niż wcale. ;)
Imbir, mylnie nazywany korzeniem, choć jest kłączem, ma setki przeróżnych właściwości.
Ma działanie przeciwbólowe, przeciwobrzękowe i przeciwgorączkowe.
Wzmacnia nasz system odpornościowy. Uśmierza bóle głowy, menstruacyjne, nadaje się jako środek pomocny w chorobach lokomocyjnych.
Ułatwia trawienie, obniża cholesterol, zwiększa przemianę materii.
Można by tak pisać bez końca. :)
Ja imbir uwielbiam za zapach i intensywny ostry smak i o takim pysznym syropie dzisiaj wam napiszę. :)

Potrzebujemy oczywiście imbiru:


Do syropu imbiru nie obieram, szkoda mi cennych wartości odżywczych pod skórką. ;) Więc tylko te twardsze zakończenia skrobię. Jeden bardziej obskrobałam, ponieważ ten kawałek nie poszedł do garnka. ;)


Lecz pokrojony trafił do słoiczka, żeby mógł jeszcze jak najwięcej swoich właściwości oddawać. :) Ale uwaga, lepiej nie dawać za dużo świeżego imbiru, bo może się szybko zepsuć. Można całkowicie z niego zrezygnować.


Resztę pokroiłam wraz ze skórką na plastry, zalałam wodą i przez kilkanaście minut lekko gotowałam, po czym przecedziłam.
Na koniec dodałam sporo miodu i zalałam surowy imbir w słoiczku. Miód nie tylko jest tutaj dodatkiem smakowym i zdrowotnym, ale również dobrze konserwuje taki syrop. :)


Taki syrop jest bardzo intensywny, ostry. Możecie oczywiście zrobić z mniejszej ilości, ja jednak potrzebowałam końskiej dawki. ;) Ja stawiam go w ciemniejsze miejsce, tak samo jak miód. Nie trzymam w lodówce i zwykle po paru, najpóźniej po kilku tygodniach już go nie ma, więc nic się nie zepsuje. W ponad miesiącu zużyłam 2 takie słoiczki syropu. :)


Będąc teraz u mamy w Polsce też jej zrobiłam taki syropek, bo jej bardzo posmakował. :D
Raz wypróbowałam go z wyskubaną laską wanilii, którą uwielbiam, lecz niestety wanilia w tak ostrym klimacie, wręcz smakowo zginęła. ;)
Jest też inny sposób na wykonanie takie syropu, a mianowicie starcie go na tarce i potem już tylko zalanie gorącą wodą, bez gotowania. Jednak nie polecam tej metody, ponieważ tarcie imbiru na tarce nie należy do przyjemnych i szybkich przyjemności. Chyba że macie odpowiedni sprzęt. ;) No i jeżeli nie lubicie takich wiórków imbiru w herbacie, co mi osobiście nie przeszkadza, to ta wersja również nie jest dla was.

Jak go piję?

Zwykle dodaję łyżkę do dużego kubka herbaty, przeważnie torebkowej wersji imbiru. Ale prawie z każdą mi smakuje. :)
A czasem rozrabiam go tylko z gorącą wodą.

Latem świetnie smakuje jako zimna herbata np. ze świeżą miętą.
Gorąco polecam jeśli jeszcze nie robiłyście takiego syropku. :))
Ja już swoją porcję dzisiaj wypiłam, ale wieczorem pewnie jeszcze raz sobie wypiję. ;)

Pozdrawiam ciepło.
pa pa :*
megi

środa, 7 listopada 2012

Peeling kawitacyjny

Udałam się w Polsce do mojej kosmetyczki po bardzo długim czasie nierobienia niczego na mojej twarzy. Ostatni raz byłam chyba 2 lata temu na mikrodermabrazji diamentowej. Po tak długim okresie i moim pechowym roku, postanowiłam znowu pójść na coś fajnego, w końcu sobie zasłużyłam. ;)
Kosmetyczkę tę znam już od 18 lat i nie poszłabym do innej, bo bym się zwyczajnie bała.
To jest znajoma mojej mamy, moja mama sama regularnie do niej chodzi odkąd pamiętam, więc po prostu wiem, do kogo się wybieram. ;)
Więc tym razem wahałam się między mikrodermabrazją diamentową (innej bym nie zrobiła) a kawitacją. A że peelingu tego nigdy nie robiłam, to spontanicznie zdecydowałam się na niego.

Na czym polega taki peeling?
Do kawitacji używana jest metalowa szpatułka, która wytwarza fale ultradźwiękowe i taką metalową szpatułką kosmetyczka przejeżdża po całej zwilżonej twarzy oraz szyi. Tworzą się mikropęcherzyki, które pękają i w ten sposób rozbijają wszelkie martwe komórki i zanieczyszczenia.
Usuwane są również bakterie oraz toksyny z naszej skóry.
Po takim zabiegu, moja skóra dostała jeszcze ampułkę z kwasem hialuronowym, który również za pomocą ultradźwięków, został wprowadzony głębiej w skórę, a na koniec leżałam sobie pod maską algową.

Efekt?
Nie myślałam, że zobaczę wizualnie po jednym razie jakikolwiek efekt. Ale faktycznie widziałam od razu.
Czarne kropki na nosie zostały w większości oczyszczone, cała cera była dogłębnie oczyszczona, taka delikatna i miła w dotyku. Brak jakiegokolwiek podrażnienia, czy rumienia. Zabieg był bardzo przyjemny i wręcz idealny do cery naczynkowej.  Przez cały dzień chodziłam bez makijażu i cieszyłam się gładką, promienną i oczyszczoną oraz nawilżoną skórą. :) No przynajmniej ja czułam się promiennie po takim relaksu, nawet jeśli nie było to widoczne dla innych. ;)
No i nie można zapomnieć o relaksacji pod ciepłym kocykiem, można odpłynąć, szczególnie pod algami można wręcz zasnąć. :D

Następnym razem pojadę dopiero na święta do Polski, ale na pewno umówię się na taki zabieg. Może połączę go z diamentową mikrodermabrazją, tę wykonam najpierw, a po kilku dniach ten peeling kawitacyjny. Zobaczę jeszcze. :)

Robiłyście kiedyś taką kawitację? Jeśli nie, to gorąco polecam, jest mega delikatna i do tego skuteczna. :) Co lubicie najchętniej wykonywać u kosmetyczki?

Pozdrawiam ciepło
pa pa :*
megi

poniedziałek, 5 listopada 2012

Codzienny zwyklak

Ostatnio codziennie maluję się w ten sam sposób. Spodobał mi się liner do oczu Lovely i tak go męczę każdego dnia. Był to jeden z tych spontanicznych, ale udanych zakupów. :)
Wiem, że już kiedyś była faza na niebieskie kreski, ja jednak wtedy zupełnie na nie się nie paliłam. Dopiero teraz mi się ich zachciało. :) Makijaż ten jest dla mnie po prostu praktyczny. Podbija moją tęczówkę, ale nie jest zbyt mocny i wykonuję cały w 10 minut. :)
Próbuję od kilku dni również nowy podkład marki Rouge bunny rouge.
Jest to podkład Milk Aquarelle. Moja mama dała się w Douglasie namówić na niego i kolor jest dla niej jednak za jasny, więc zapytała się mnie, czy nie chcę wypróbować. No i z moją cerą stapia się wręcz idealnie i jak na razie jestem baaardzo zadowolona z niego. Jest to kolor Chestnut Milk Parfait, choć nie wiem czy sama nie wybrałabym Almond Milk Parfait. Ale może byłby za jasny, bo nie widziałam na żywo, tylko w necie. Na pełną recenzję w każdym razie jest jeszcze za wcześnie. ;)
Na zdjęciu widać również nowy rozświetlacz Essence z limitowanej serii Twilight. Nie ma ani jednej drobinki, za to tak subtelnie rozświetla, że spokojnie można go położyć na całą twarz. Jestem z niego również bardzo zadowolona, to chyba najlepszy tani rozświetlacz, z jakim miałam do czynienia. :)

Więc oto mój ulubiony makijaż ostatniego czasu. :)

Produkty, które mam na twarzy to:
*podkład Rouge bunny rouge Milk Aquarelle
*Essence stay on concealer w pisaku (również mi się podoba, testuję od kilku dni)
*na brwiach Inglot 560
*róż Apple i bronzer tan Everyday Minerals
*rozświetlacz Essence 'the breaking dawn 2'
*tusz zielony Wibo
*liner granatowy, matowy Lovely
*na ustach balsam nagietkowy Alverde :)



Miałyście do czynienia z marką Rouge bunny rouge? 

Dziękuję wszystkim za miłe życzenia. :* Dzisiaj już mogłam normalnie-wyglądająco chodzić. Tylko po schodach schodzę jak małe dziecko tiptopami. :D
Pozdrawiam cieplutko.
pa pa :*
megi

sobota, 3 listopada 2012

Chodzący pechowiec

Dzisiaj się muszę chyba trochę pożalić.
Nie wiem czym tak przyciągam pecha do siebie, ale klei się do mnie niczym mucha.
Planowałam przyjechać do Polski wcześniej, niestety pogarszające przeziębienie pokrzyżowało mi plany. (tak mi już krzyżuje od ponad 5 tygodni)
Przyjechałam więc dopiero później z nadzieją, że u mamy się wykuruję i odwiedzę rodzinę.
Takie były przynajmniej plany. ;)
Wieczorem stanęłam między psami, które się gryzły, chcąc je rozdzielić. No i niechcący jeden pies trafił moją łydkę zamiast drugiego psa. Na szczęście nic wielkiego się nie stało, ja się psów nie boję, więc dla mnie nic się nie zmieniło. Ale boleć to bolało. ;)
Na drugi dzień pocięłam sobie niechcący dłoń o blachę.
A dzisiaj to już sama nie wiem jak to nazwać.
Po nieprzespanej nocy schodzę na dół i zaraz na drugim schodku się poślizgnęłam i na oczach mamy spadłam z dużych schodów na sam dół. Nie mogłam się zatrzymać. Dla mnie trwało to w nieskończoność, choć w zaledwie kilku sekundach znalazłam się na dole.
Zbiłam sobie kostkę, mam rany, spuchniętą nogę, obity cały bok w siniakach. Ale z tego co widzę, to na szczęście chyba niczego nie złamałam i na szczęście nie spadłam głową w dół. Stanąć i ruszać stopą jeszcze nie mogę, cały dzień jestem więc przykuta do łóżka no i ślad pamiątkowy na schodach mamie już pozostanie.
A chciałam dzisiaj nagrać filmik, poodwiedzać rodzinę, wyjść na wieczór i nici z moich planów. :(
Mam nadzieję, że jutro będę mogła jakoś stanąć na nodze i za parę dni jechać samochodem do domu, bo już będę musiała najpóźniej wrócić. Niestety niektórych rzeczy z mojej listy już nie nadrobię.
Na pocieszenie dostałam śmieszny prezent i dopiero po dokładnym przeczytaniu zauważyłam, co to jest. Na pierwszy rzut oka myślałam to, co każdy by pomyślał. ;)



Jakoś już się przyzwyczaiłam do tego pecha, ale czasem to naprawdę przychodzi w najbardziej nieodpowiednich momentach i od razu kilka rzeczy na raz, tak że już w ogóle nie można się ruszyć.
Dość tego żalenia się, mam nadzieję, że po nocy wróci do mnie słońce. ;)

Pozdrawiam z męczącego mnie już łóżka. :)
pa pa :*
megi

weltkarte