poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Upalny weekend i badminton


Niedziela była u mnie bardzo gorącym i przede wszystkim dusznym dniem.
Było tak parno, że nie było czym oddychać. 
W domu ratowałam się litrami wody do picia oraz spryskując kwiaty, siebie,
wszystko co się dało. :))
Tutaj w DE nie mamy teraz kilku wolnych dni, wolne jest tylko 1-go Maja.
Więc korzystając z wolnej niedzieli i z faktu, że nie było nawet minimalnego wiatru przez cały dzień, zagrałam nareszcie pierwszy raz w tym roku w badmintona.
W zeszłym roku bardzo często grałam na świeżym powietrzu w lotki i nie mogłam się doczekać w tym roku na pierwszą grę.
Badminton przynosi mi dużo frajdy i śmiechu, często z samej siebie i pewnie dlatego (a nie ze względów sportowych ;)) tą grę lubię.
Tak więc po 18-tej, gdy tylko uprawianie jakiegokolwiek sportu było w miarę możliwe, wybrałam się w tym celu na świeże powietrze. Długie spodnie mimo 30stopni w cieniu były musem, niestety komary już zaczynają męczyć na dworze.
Nie myślałam, że tak to właśnie wygląda jak gram. :D Gdy otrzymałam fotki, oglądając je, aż się popłakałam ze śmiechu. Mam nadzieję, że pośmiejecie się razem ze mną. :))

Chcesz zagrać ze mną? :)

 Pełna koncentracja :)
uwaga.....
 już tuż tuż
jeeeej

tak, z zamkniętymi oczami można również....nie trafić :D
ok, to jeszcze raz
a masz! czy tylko ja tak mam, że wydaję z siebie dźwięki jak tenisista jednocześnie się śmiejąc....? :)

Save the best for last - nie mam pojęcia co to miało być, bo nie wygląda to już na badmintona :D

Jak Wam minął weekend?
Mam nadzieję, że pogoda dopisuje Wam w ten wolny czas w Polsce.
Życzę Wam miłego odpoczynku.

Pozdrawiam cieplutko
pa pa :*
megi

sobota, 28 kwietnia 2012

Ulubieńcy kwietnia '12




Przyszedł czas na ulubieńców miesiąca, więc zapraszam serdecznie na filmik. :)


Miłego upalnego dnia! :))
pa pa :*
megi

środa, 25 kwietnia 2012

Peeling antycellulitowy Lirene

Jestem, jak wiele innych osób też, wielbicielką peelingu kawowego.
Jednak mając również na nogach problem z naczynkami, które obecnie krok po kroczku staram się usuwać laserem, rzadko po niego sięgam.
Wiele osób myśli, że to przez rozgrzewanie naczynkowcy nie powinni tej formy peelingu stosować. Pijąc kawę, owszem, rozszerzamy naczynia krwionośne.
Gdybyśmy zrobili z niej jakąś maskę na uda i siedziałaby na naszej skórze przez długi czas, również mogłaby rozgrzać te partie ciała. Jednak jako peeling nie ma na to czasu.
Chyba, że dodamy do peelingu jeszcze cynamon, który u niektórych mocno i szybko potrafi rozgrzać skórę, nawet w formie peelingu.
Mimo tego rzadko sięgam po peeling kawowy, ponieważ takie mocne tarcie skóry nie wpływa po prostu najlepiej na naczynka. Podobnie jak na twarzy. Cera naczynkowa lubi być traktowa bardzo delikatnie. A peeling kawowy, podobnie jak peeling z soli z morza martwego, zalicza się do najmocniejszych peelingów domowych.
Nie rezygnuję jednak całkowicie z tej przyjemności. Tak, dla mnie zapach kawy to czysta przyjemność. Również z picia kawy nie rezygnuję. ;)
Ale jeśli robię taki peeling, to wykonuję go rzadko. Góra raz na miesiąc, często jeszcze rzadziej. Gdy go wykonuję, nie trę również mocno skóry.
Staram się robić to tak delikatnie jak tylko możliwe.
Jednak czasem między takimi peelingami skóra na ciele potrzebuje jeszcze jakiejś odnowy. Wtedy lubię sięgać po gotowe peelingi.
Większa część z peelingów drogeryjnych jest jednak zbyt słaba. Kto spróbował chociaż raz peelingu kawowego lub solnego, wszystkie inne będzie do nich porównywał. :)
Jest jednak jeden peeling, który sobie od czasu do czasu chętnie kupuję.
Jest to peeling antycellulitowy Lirene.

Co do efektu antycellulitowego wypowiedzieć się nie mogę, bo wiadomo - to TYLKO peeling, ani mniej ani więcej. ;)
Za co go więc lubię? 
Lubię go za to, że pomimo iż jest to peeling drogeryjny, jest naprawdę mocny.
Jeśli przecierałabym nim mocno skórę ciała, byłby tak samo mocny jak kawa czy sól.
Jednak można go złagodzić delikatną ręką i to jest w nim fajne. 
Skóra po nim jest w moim przypadku tak samo gładziutka jak po peelingu kawowym.
Zapach kosmetyku jest również przyjemny. Jest to zapach pomarańczowy, który w kosmetykach lubię.
Akurat jest promocja w Naturze i peeling ten można dostać za niecałe 11PLN.
Pojemność to 200ml.

Lubicie ten peeling czy macie jakiegoś innego gotowego ulubieńca?

Pozdrawiam Was cieplutko.
pa pa :*
megi

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Jak minął mi pierwszy tydzień na drożdżach?

Jak pisałam Wam tutaj, zaczełam pić drożdże od 16.04. Wczoraj minął siódmy dzień, więc czas na małe podsumowanie tego tygodnia. :)
W dniu pierwszym spróbowałam drożdże rozpuszczone tylko w wodzie. Wziełam tylko jeden łyk i nie dałam rady. Musiałam dodać chociaż trochę miodu, żeby przełknąć resztę. A na koniec szybko czymś zagryźć. :)
Drożdże były jeszcze ciut letnie (tak po 45 minutach) no i tu doświadczyłam, że nawet lekko ciepłych drożdży wypić nie mogę, bo od razu łapią mnie skurcze i uparcie się trzymają.
Więc na drugi dzień sobie odpuściłam i nie piłam drożdży, bo bolał mnie jeszcze brzuch. :( Tutaj przyczyną mógłbyć również miód. Może spowodował, że drożdże zaczeły znowu pracować. Jednak zdarzyło mi się w kolejnym dniu wypić letnie drożdże niczym nie słodzone i miałam to samo. :/
Drożdżę piję późnym wieczorem.

Od dnia trzeciego było już z górki. :))
Zaczełam drożdże znowu zalewać gotującym się mlekiem i spróbowałam nic więcej nie dodając.
I o dziwo sprawdza się tak u mnie dobrze. Nie muszę nawet niczym zagryzać.
Więc postanowiłam, że dopóki taka kompozycja mnie totalnie nie zmuli i będzie zupełnie nie do przełknięcia, pozostanę przy tak prostym zestawie.
Tak więcej przez ostatnie pięć dni piłam drożdże tylko z mlekiem.
I tak się zastanawiam, czy witaminy i pierwiastki w drożdżach są aż tak odporne na wysoką temperaturę?
Drożdże zalewam mocno gotującym się, wręcz kipiącym, mlekiem.
Po dokładnym wymieszaniu, przykrywam je talerzykiem,
żeby na 100% je 'uśmiercić'. :)
No i zostawiam do kompletnego wystygnięcia. U mnie trwa to 1,5 godziny.
Dopiero po tym czasie mogę je wypić.
Muszę poczekać tak długo, aż drożdże zupełnie się ochłodzą, inaczej mam bóle brzucha.
Po tak długim czekaniu wszystko jest dobrze.

Jak myślicie, czy faktycznie wit. B i inne są tak odporne na taką temperaturę?

Musicie, również jak ja, czekać tak długo zanim możecie je wypić? 

Acha, jeśli chodzi o jakiś wysyp, to tak, coś tam się zaczyna. Ale nie wiem czy to przez drożdże, czy po prostu spowodowane faktem, że to te dni w miesiącu. :)

Pozdrawiam cieplutko!
pa pa :*
megi

niedziela, 22 kwietnia 2012

Maseczka w tabletce

Przy moim ostatnim zamówieniu na BU, dodałam do koszyka 3 zestawy tej maseczki w tabletce.
To nie jest coś bez czego po spróbowaniu już nie możemy żyć. Ale jest to ciekawe urozmaicenie typowych maseczek. Więc jeżeli typowe maseczki Was już znudziły, ten gadżet jest dla Was. :)
Na filmiku możecie dowiedzieć się dokładnie o moich doświadczeniach i jak dzięki tej maseczce dowiedziałam się, a raczej doświadczyłam ;), że aloes w dużym stężeniu mocno mnie uczula.



Maseczkę można przygotować na różne sposoby. Ja testowałam wersję z sokiem z aloesu, z hydrolatem oraz kwasem hialuronowym i w końcu z pełnotłustym mlekiem krowim.

Tak wygląda proces pęcznienia.















Tak wygląda maseczka po rozwinięciu.


A tak megi jako mumia. :D




Testowałyście coś takiego? Jakie są Wasze ulubione maseczki?

Życzę Wam miłej niedzieli.
pa pa :*
megi

sobota, 21 kwietnia 2012

Krem do rąk Alterra

Ostatnio wykończyłam swoje kremy do rąk, w tym również jeden z moich ulubionych Alverde i przypomniało mi się, że chciałam wypróbować krem Alterra.

Krem ma fajny skład. Produkt jest wegański, a to zawsze jest dla mnie przyjazny znak oraz całkiem miły zapach.
Producent obiecuje nawilżenia suchej oraz pielęgnację zniszczonej skóry.
Ponadto krem ma szybko się wchłaniać i nie pozostawiać tłustej warstwy.
Tego nie mogę w żaden sposób potwierdzić. Po nakremowaniu na skórze zostaje przez długi czas taka dziwna warstwa. To nie jest warstwa tłusta, mi przypomina warstwę silikonową, choć tych tutaj w składzie nie ma.
Kremu przez to nie lubię stosować w ciągu dnia. Chyba, że akurat mam czas na długie wchłonięcie. Ale zużywam ten krem po mału kładąc go na noc. 
Raczej do niego nie wrócę, bo mam wrażenie, jakby ta warstwa była warstwą typu silikonów, tzn. że warstwa ta sprawia wrażenie, że mamy niby nawilżone dłonie, ale jednak pod nią skóra wciąż woła "pić" i czuję, że czegoś jej brakuje.

Jakie są Wasze ulubione kremy do rąk? Co myślicie o tym?

Pozdrawiam cieplutko
pa pa :*
megi

piątek, 20 kwietnia 2012

Moje ulubione serum na dzień i zaszłe zmiany

Moim ulubieńcem z Biochemii Urody jest od samego początku Eliksir Winogronowy,
który po raz pierwszy wypróbowałam w zeszłym roku.
Dla mnie jest to idealne serum na dzień, do którego co jakiś czas wracam.
Uwielbiam to cudo, pod filtr jest po prostu perfekt. :)
Dlatego byłam w ogromnym szoku, gdy wyrobiłam sobie teraz ponownie moje ukochane serum i okazało się, że konsystencją nie przypominało już mojego ulubieńca.
Więdząc, że wykonałam serum jak zawsze, napisałam do BU maila z pytaniem,
czy cokolwiek się zmieniło.
No i faktycznie zaszły małe zmiany, które mają wpływ na konsystencję tego serum.
Oto część wiadomośći, którą otrzymałam:

"Formuła i proporcje nie uległy zmianie od początku oferty tego
zestawu. Jedyne co uległo zmianie to konsystencja dwóch surowców, wg.
producentów zmiana jest w typowym zakresie, tak więc dane techniczne
obu surowców nie uległy zmianie. Mleczko winogronowe z nowej dostawy
jest obecnie gęstsze w porównaniu z poprzednimi dostawami, przypomina
bardziej śmietankę oraz zmienił się system konserwujący żelu
hialuronowego, natomiast nie zmieniła się masa cząsteczkowa kwasu
hialuronowego. Te drobne zmiany, mogą mieć wpływ na konsystencję
serum."


Czy to oznacza, że muszę pożegnać się z tym cudem?
Ależ nie! Okazuje się, że jest wyjście jak można ponownie odzyskać idealną konsystencję. :))


Oto ono:

"Jeśli wyszła Pani gęsta, ciągnąca się konsystencja, to proszę odstawić
serum na 24-48h w temp. pokojowej po tym czasie serum powinno nabrać
bardziej płynnej konsystencji.
Niska temp. może powodować zagęszczenie produktu.
Eliksir może Pani przechowywać w temp.
pokojowej.
Ten zestaw jest trwały i trzymanie w lodówce jest głównie
profilaktyczne.
"

Jippie!!! :D
U mnie zajeło to zaledwie jakieś 2 godzinki i serum było ponownie idealne.
Teraz robię po prostu tak, że jego część trzymam cały czas w temp. pokojowej,
a resztę w lodówce.
Wcześniej trzymałam wszystko w lodówce, bo tak wolałam i tak było to też możliwe.
Teraz muszę jednak porcję trzymać w pokoju, ale to nic. Ważne, że nie muszę rezygnować z mojego ulubieńca.
Jeżeli też mieliście z tym problem i dziwiliście się jak takie coś może być moim ulubieńcem, mam nadzieję, że rozwiałam Wasze wątpliwości. :)

Pozdrawiam cieplutko
pa pa :*
megi

czwartek, 19 kwietnia 2012

Kobo growing lashes mascara

Ostatnio jadąc do Polski na święta, zatrzymałam się już po polskiej stronie koło drogerii Natura, bo zapomniałam coś zabrać z domu. Więc szybko wyskoczyłam z samochodu, udałam się do drogerii, no i oczywiście nie mogłam nie przejść koło szafki Kobo. :)
I tam zobaczyłam, że rozłożyli nową kolekcję i od razu zrobiło mi się cieplutko.
Jak niektóre z Was pewnie wiedzą, moim ulubionym tuszem jest zielony tusz Wibo.
Ale moja już enta tubka się skończyła, po nim miałam złe doświadczenie z tuszem Miss Sporty, więc moją uwagę przyciągnął tusz Kobo z tej właśnie nowej kolekcji.
To jest moja pierwsza maskara tej firmy. Szybko obejrzałam sobie szczoteczkę,
no i kupiłam. :)
Z reguły preferuję silikonowe szczoteczki, tak jak właśnie jest w przypadku tuszu z Wibo. Chociaż w przypadku Wibo to bardziej twardszy plastik niż silikon.
Jednak ta urzekła mnie swoim niewielkim kształtem oraz całym wyglądem opakowania.
Opakowanie jest bardzo smukłe, delikatne, przyjemnie leży w dłoni. Jest leciutkie jak piórko.(Jakby to było ważne;)) Tuszu mamy tutaj 7ml i kosztował 18 lub 19 PLN.
Szczoteczka jest mała, o równym i gęstym włosiu. Bardzo mi się spodobała.
Tak wygląda np. w porównaniu do słynnego tuszu Essence multi action. Ten drugi ma jak dla mnie za dużą szczoteczkę, nie przepadam również za jej kształtem. Zawsze się nią uciapkam. :)
Co obiecuje producent?
Czy te obietnice spełnia? Zobaczcie sami. :)
moje rzęsy bez tuszu
bez
jedna warstwa tuszu
jedna warstwa
dwie warstwy tuszu
dwie warstwy
Mnie ten efekt się podoba. Szczególnie uwzględniając moje trudne do malowania rzęsy. One często rosną na krzyż i tusze zwykle to jeszcze bardziej podkreślają. Oprócz mojego ukochanego Wibo, no i teraz Kobo. Nie użyłam też żadnego grzebyczka itp. do rozczesania, żebyście mogli zobaczyć faktyczny efekt po malowaniu. Myślę, że tusz spisuje się całkiem dobrze.

Nie robi żadnych grudek, nie skleja. Faktycznie nie kruszy się. No, nie chcę zapeszyć, bo używam go dopiero 2 tygodnie. Ale z reguły po tym czasie mogę już powiedzieć, czy tusz przypadł mi do gustu czy nie. :) A ten stał się chyba moim ulubionym tuszem z tradycyjną szczoteczką.
A Wibo wciąż pozostaje numerem 1 z plastikową. :)
Jakby nie patrzeć, oba tusze nazywają się growing lashes. :D

Jak Wam się podoba? Próbowałyście go?

Pozdrawiam cieplutko
pa pa :*
megi

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Botwinka


Każdego roku, gdy tylko zaczyna się wiosna, wyczekuję oprócz naszych młodych ziemniaczków właśnie botwinki. I ogromnie się ucieszyłam, gdy zobaczyłam w warzywniczym pęczki tej smacznej rośliny, więc kupiłam od razu 3. :D
Uwielbiam zupy z botwinki i takie też pojawiają się u mnie każdej wiosny odkąd pamiętam. Buraczki jako takie zaliczają się do jednych z moich ulubionych warzyw, a już młode to w ogóle cudeńka. :)
Zupa, jaką z nich robię, zalicza się do najprostszych. Wykonuje się ją w 5 minut i naprawdę każdy potrafi ją zrobić.
Sposób, w jaki ją przyrządzam, jest sposobem mojej babci oraz mamy, dzięki któremu możemy cieszyć się  przepięknym nasyconym kolorem botwinki i na pewno zupa nie będzie wyblakła i szarawa, jak to czasem ma miejsce, gdy taką zupę źle się przyrządzi.

Więc tak.
Po umyciu kroimy całą botwinkę, odcinamy tylko korzonki. Cały buraczek wraz z łodygami oraz liśćmi kroimy według upodobania na kawałki. Ja preferuję szczególnie liście w dużych kawałkach, pięknie to w zupie wygląda no i smakuje. :)
Wrzucamy najpierw te twardsze główki na łyżkę roztopionego masła do garnka, w którym chcemy zupę przyrządzić. Po chwili wrzucamy również liście.
Dzięki takiemu sklarowaniu na maśle botwinka puści kolor.
Zalewamy wodą i czekamy aż zaczną się pojawiać małe bąbelki. Ale uwaga, botwinka nie ma się gotować, bo straci kolor. Ja zostawiam botwinkę niedługo na małym ogniu, żeby była taka al dente i nie straciła zarówno tego pięknego koloru jak i wspaniałych dla naszego organizmu składników.
Po chwili przyprawiam solą oraz świeżo zmielonym pieprzem i dodaję octu.
On zakonserwuje ten kolor i doda zupie kwaśnego smaku, który ją ukoronuje.
(Ja od małego uwiebiam w kuchni najbardziej właśnie kwaśne smaki i często z tego powodu też nie do końca dojrzałe owoce :))
Na koniec dodaję jeszcze świeżego koperku, pietruszki czy nawet szczypiorku.
A na talerzu już gęstej śmietany.
I teraz możemy poszaleć. :)
Możemy tą zupą cieszyć się w tej prostej formie. Ale możemy ją urozmaicić np. ugotowanymi jajkami, ziemniaczkami czy marchewką.
Również jedną z moich ulubionych wersji tej zupy jest chłodnik na ciepłe dni.
W tym celu pozwalam zupie wystygnąć. Kroję dużo rzodkiewki oraz ogórka. Do chłodnej zupy nie dodaję już śmietany tylko kefir lub maślankę i zalewam warzywa. :)

Polecam Wam gorąco spróbować takiej prostej zupy.
Korzystajcie z botwinki póki jest, bo niestety nim się obejrzymy już jej nie będzie.

Pozdrawiam cieplutko i życzę smacznego! :)
pa pa:*
megi


niedziela, 15 kwietnia 2012

Kwietniowy stan moich włosów & akcja drożdżowa

Kiedyś natknełam się na temat picia drożdży, ale jakoś zawsze rozpoczęcie takiej kuracji od siebie oddalałam. Do teraz. :)
O zasadach i efektach picia drożdży możecie poczytać sobie u Anwen, która prowadzi świetnego bloga o włosach.
Anwen zaczeła właśnie kolejną już akcję picia drożdży, którą niestety za późno zauważyłam, bo bym dołączyła do grupy.
Ale to nic i tak postanowiłam od jutra pić drożdże. :)

EDIT: Anwen czyta chyba w moich myślach i można się podłączyć do całej grupy dzisiaj. Więc zapraszam chętnych TU. Ja już się podpisałam i lecę po drożdże. :)

Jak zapewne wiecie, mam od wielu lat problem z łysieniem androgenowym.
Tutaj akurat nie oczekuję, że drożdże cokolwiek zmienią, bo po prostu tego nie są w stanie zmienić. ;)
Jednak zachęciły mnie opisy i zdjęcia dziewczyn, właśnie na blogu Anwen, pokazujące jak szybko włosy im w tym czasie urosły.
I tutaj mam nadzieję, że drożdże pomimo mojego łysienia będą w stanie coś przyspieszyć, szczególnie po ostatnim cięciu, ale o tym za chwilkę. ;)


Z czym zaczynam:
Moje włosy potrafią nawet w ciągu dnia wyglądać zupełnie odmiennie, jakby były inaczej ścięte lub miały zupełnie inną strukturę. To niestety wiąże się z moim łysieniem.
Przed tym problemem moje włosy przez całe życie były śliskie i proste jak druty i przy tym nie robiłam z nimi nic oprócz mycia najzwyklejszym szamponem.
Nawet nie używałam żadnej odżywki.
Teraz niestety sprawa wygląda inaczej. Ale na szczęście po olejowaniu stan moich włosów przynajmniej w wyglądzie znacznie się poprawił. Zanim kupiłam oleje indyjskie, stosowałam przez ponad rok zwykły olej kokosowy i potem olej monoi. Problem tkwił w tym, że nie byłam systematyczna.
Olejowałam całe włosy raz na ruski rok, jedynie końcówki trochę częściej.
Więc nic dziwnego, że efektów nie było. ;)
Odkąd jakieś 5 miesięcy temu kupiłam oleje indyjskie, systematyczność nagle się pojawiła i od tego czasu mogę policzyć na jednej dłoni ile razy opuściłam olejowanie.
Niekoniecznie były to za każdym razem oleje indyjskie. Jak mówiłam Wam w moich "Ulubieńcach Marca", bardzo polubiłam szczególnie olej lniany, więc on się ostatnimi czasy często pojawiał na moich włosach.

Jeśli chodzi o farbowanie, to odrastają mi powoli moje rozjaśnione orzechowe końce. Włosy od góry - to mój naturalny odcień. Mam szczęście jako jedyna w mojej rodzinie do tej pory, że w moim wieku siwych włosów jeszcze nie mam. Jakieś pojedyncze napewno się pomału pojawiają, ale nie zamierzam z tego powodu panikować. ;)

Ale się rozpisałam, a miałam tylko króciutko opisać i pokazać. :)

Więc tak. Tak wyglądały moje włosy niespełna dwa tygodnie temu. Jak zobaczycie za chwilkę w porównaniu do teraz po cięciu, były dość gęste na spodzie. Wydawało się, że jest ich więcej, przez to, że większa część była po prostu dłuższa i prosta. Cieniowania na całości włosów z tyłu prawie całkowicie się pozbyłam, pozostawiłam sobie narazie tylko krótsze partie z przodu.


Teraz na Święta chciałam te właśnie troszeczkę podciąć i skrócić minimalnie grzywkę i niestety zapomniałam powiedzieć mojej fryzjerce, żeby nie podcinała za dużo po bokach. Więc teraz moje włosy wygladają znacznie inaczej i możecie na tych kolejnych zdjęciach zobaczyć jak moje włosy w ciągu jednego dnia się zmieniają. Nie lubię u siebie takiego cięcia. Choć to wciąż te same włosy, wyglądają na mniej zdrowe. Końcówki, pomimo że są świeżo podcięte wyglądają na postrzępione, bo są po prostu w takim cięciu za lekkie i się unoszą na wszystkie strony.


Pierwsze zdjęcie zaraz po rozczesaniu:
Tutaj po roztrzepaniu palcami:
A tutaj już po jakimś czasie:


Oglądając te zdjęcia naprawdę można pomyśleć, że to zupełnie inne cięcie lub  w ogóle inne włosy. Ale takie właśnie są, żyją własnym życiem, czasami mam wrażenie nie zależnym ode mnie. ;)


Ale nie jest tak źle, poniżej możecie zobaczyć jak wyglądają moje włosy gdy po umyciu nie zabezpieczę końcówek jakimś olejem. Wtedy od początku są bardziej napuszone i roztrzepane.
Zepsuta końcówka tu i tam się pojawia pomimo częstego podcinania i olejowania, ale i tak uważam, że mogłoby być i było już gorzej. ;)


Acha, próbowałam centymetrem krawieckim zmierzyć długość moich włosów, co okazało się trudniejsze niż myślałam. :) Przy przedziałku po środku widać u mnie na samym końcu na czubku głowy małego pieprzyka, który stanowi idealny nigdy nie zmieniający się punkt wyjściowy. Jednak mimo tego za każdym razem mierzenia, długość moich włosów wahała się między prawie 53 a 55cm, w zależności czy mierzyłam od pieprzyka do tyłu czy na bok.
Zmierzyłam jeszcze najkrótsze pasmo z przodu i tutaj mogę być chyba pewniejsza :) 
mierzyło ono 17,5cm.


W zeszłym tygodniu kupiłam sobie paczkę drożdży na próbę smaku i cóż..jestem ogromną wielbicielką zapachu drożdży, ale w smaku są naprawdę straszne. :))
Mam nadzieję, że uda mi się chociaż jeden miesiąc wytrzymać, a może nawet dwa.
Przynajmniej się postaram, mam teraz świadków. ;)


Robiłyście może kiedyś taką kurację? Jeśli tak, to jaki był Wasz ulubiony przepis na drożdże? Jeśli nie, macie ochotę się przyłączyć? :D


Pozdrawiam Was cieplutko!
pa pa :*
megi

piątek, 13 kwietnia 2012

Płyn micelarny Eveline Hydra Expert

Parę tygodni temu kupiłam ten oto płyn micelarny firmy Eveline. Kosztował paręnaście zł w Naturze.
Podoba mi się, że firma Eveline nie testuje na zwierzętach (dla mnie to jest najważniejsze, bo nie kupuję innych kosmetyków), jej kosmetyki są w przystępnych cenach i łatwo dostępne w polskich drogeriach.
Choć składy nie są naturalne, nie są też zwykle najgorsze. :)


Eveline produkuje kilka innych takich płynów, są różne rodzaje, choć bardzo podobne do siebie.
Ja wybrałam akurat ten, bo miał być 'ekstremalnie nawilżający' jak pisze producent i zdawał się mieć najkrótszy skład z tych wszystkich dostępnych.
Kwas hialuronowy znajduje się tutaj na drugim miejscu zaraz po wodzie. Więc brzmi nieźle prawda? :)

Oto co pisze producent o tym płynie:

A tutaj skład tego produktu:


Zacznę może od plusów. :)
Płyn jest delikatny, nie podrażnił mi oczu ani skóry twarzy. Nie zauważyłam jakiegoś nawilżenia, ale moja cera nie jest przesuszona, więc to trzeba wziąć pod uwagę. ;)
Ale również cery mi nie przesuszył, nawet jeżeli przez dłuższy czas nic po nim nie kładłam. Nie czułam ściągania skóry. A to już coś. :)

Teraz do demakijażu:
Ja normalnie płynami micelarnymi nie zmywam makijażu, bo są dla mnie nie wystarczające w tym celu. Nie lubię zużywać tyle wacików i przecierać nimi moją naczynkową twarz, która w ten sposób bardzo się rozgrzewa.
Bez przemycia twarzy wodą, czuję się też nie umyta. :)
Ja micele zwykle stosuję do przemycia buzi rano, lub gdy poprawiam patyczkiem do uszu makijaż albo zmywam jakąś maseczkę. Czyli tak samo jak używam hydrolatów, tylko że tymi drugimi jeszcze sobie mogę spryskiwać twarz w ciągu dnia.

Ale żeby przetestować ten produkt z każdej strony, zmywałam nim też kilka razy makijaż.
No i nie wiem czy to dzięki temu, że po prostu nie przepadam za taką formą zmywania makijażu, ale u mnie trwało to długo i zużyłam dużo wacików. Wodoodpornej kreski nie chciał zmyć, choć długo trzymałam mokry wacik na zamkniętej powiece.
Będąc w PL, spróbowałam porównać go tutaj do Biodermy, która akurat stała u mamy.
Jedną połowę twarzy przemyłam Biodermą, a drugą jednocześnie tym micelem Eveline.
I tutaj ku mojemu zdziwieniu spisały się podobnie. Nie miałam wodoodpornego makijażu na twarzy, ot taki normalny dzienny zwyklak.
(Jak wiadomo, Bioderma ma oczywiście jeszcze krótszy skład, tylko ta cena.... ale pamiętam, że z wodoodpornym makijażem radziła sobie lepiej)

Dla mnie takim największym minusem jest źle skonstruowany otwór. Płynu nie można dobrze dozować, od razu wylewa się za duża ilość na wszystkie strony. Więc tutaj trzeba być ostrożnym.

Podsumowując płyn spisuje się dobrze do przemycia twarzy, nie podrażnia, nie wysusza. Makijaż zmywa trochę trudniej, szczególnie jeśli jest to wodoodporny makijaż.

Miałyście kiedyś ten płyn? Jakie jest Wasze zdanie?

Pozdrawiam cieplutko
pa pa :*
megi

środa, 11 kwietnia 2012

Małe zakupy u Inglota

Obiecałam sobie, że postaram się znaleźć czas tu w Polsce, żeby pojechać do Legnicy do Inglota, bo to najbliżej ode mnie (jakieś 40km), a ja Inglota chyba już 2 lata nie widziałam.
(BTW dziwie się wciąż,  że jeszcze w Berlinie go nie otworzyli.)
Dzień wolny znalazłam, więc wsiadłam w samochód i pojechałam. :)
Gdybym wiedziała, że ten jedyny Inglot tu w okolicy nie jest tak dobrze zaopatrzony jak bym chciała, choć nie był taki mały, to bym zaplanowała wcześniej wyjazd do Wrocławia. Większośći rzeczy, które planowałam kupić, nie było niestety na miejscu,jak np. róże w kremie, były tylko te w płynie, a ich bym chyba w życiu nie zużyła takie są duże, no i nie było takich kolorów cieni, jakie sobie wymarzyłam.
A że tu nie mieszkam, nie mogłam też skorzystać z zamówienia. Chociaż i tak ciężko jest zamówić coś z kolorówki, czego się na żywo nie widziało. ;)
No ale w końcu nie mogłam wyjść z zupełnie pustymi rękami, więc kupiłam chociaż 4 cienie do powiek. :D
Dzisiaj rozpadła mi się już całkowicie paletka do brwi Essence, więc to był chyba znak, że muszę kupić sobie inny cień do brwi. I tak oto jeden z nich kupiłam właśnie w tym celu, ale nie tylko. :)


 Czy Wy też macie taki problem z dostępem do Inglota?


Widziałam, że Inglot wciąż ma te duże cienie do powiek, które ja posiadam w swoim zbiorze i o które mnie często pytacie na filmikach. Więc nie zostały wycofane. :) Pytałam się Pani i powiedziała mi, że niektóre kolory są dostępne tylko właśnie w tych dużych rozmiarach a niektóre i w tych dużych i małych wkładach. I numeracja też niby się nie zmieniła.
Więc numerki, które ja mam na tych dużych powinny wciąż być te same. Chyba, że niektóre pojedyncze kolory nie są już po prostu produkowane.

Jutro wsiadam w samochód i wracam już do siebie, więc postaram się w najbliższym czasie nagrać dla Was filmik. :) 

Życzę Wam miłego wieczoru.
pa pa :*
megi


wtorek, 10 kwietnia 2012

Co właśnie czytam

Odpowiedź na pytanie kto jest moim ulubionym pisarzem jest bardzo łatwa dla mnie, ponieważ mogę jednoznacznie odpowiedzieć : Paulo Coelho.
Jednak nie mogę powiedzieć, która z jego książek mi najbardziej przypadła do gustu, ponieważ chyba jeszcze nigdy nie byłam rozczarowana czytając którąś z nich.
Ale może te pierwsze, które zaszczepiły we mnie tego bakcyla. Nie pamiętam niestety, która z tych dwóch faktycznie była tą pierwszą. A mówię tutaj o sławnym Alchemiku oraz Pielgrzymie.
Paula Coelho styl pisania bardzo do mnie przemawia. Jak zacznę czytać którąś z jego książek, to zwykle trudno mi przestać. :)
Książki te czytam też zawsze w języku polskim. Uwielbiam język polski w połączeniu z jego stylem pisania. Po prostu cud, miód i orzeszki. :)
Mam prawie wszystkie jego książki, które wydał. Dlaczego tylko prawie?
Ponieważ są niestety ludzie na tym świecie, którym coś się pożycza i nie otrzymuje się tego już nigdy z powrotem. Tak oto straciłam 3 lub 4 jego książek. :(




Tą książkę mam już jakiś czas w swoim zbiorze, ale czekała długi czas na moje rozpoczęcie czytania. Aż się w końcu doczekała. :)
Jestem teraz w połowie. Starałam się od początku nie czytać jej na raz, tylko dozować sobie tą przyjemność, tak abym korzystała z niej kilka dni. Więc pozwalam sobie tylko na przeczytanie kilkunastu kartek dziennie. :)

Nie będę zdradzała jaka historia znajduje się na tych stronach, ale pokaże Wam, co jest napisane w skrócie o czym ta książka jest. :)





Podoba mi się zakładka, która była dołączona do tej książki.



Macie ulubionego pisarza? Lub ulubione książki? Chętnie dowiem się o czymś nowym. :)

pa pa :*
megi

weltkarte